Chylińska, kiedy powiesz sobie dość?
Dzikie plemię celebrities ma to do siebie, że musi ciągle czymś zaskakiwać. Taka już jego natura, życie zmusza je do tego. Zaskakiwanie jest dla tego plemienia tak samo typowe jak potlacz dla północnoamerykańskich Indian. Zapytajcie Ibisza – powie wam, że z gwiazdą jest jak ze sklepem, musi mieć ciągle nowy towar.
Oczywiście można to też odczytać w kontekście narkotykowym i pewnie w przypadku wielu gwiazd ma to sens. Jednak zmiana jest zaiste czymś pożądanym w półświatku celebrytów. Dlatego Krzysiek Ibisz najpierw nosił garnitury tak uparcie, że podejrzewano go o sypianie w nich, potem został 40-letnim chłopcem w trampkach i T-shirtach, a teraz znowu wraca do elegancji.
Ostatnio najbardziej radykalnej zmiany dokonała jednak Agnieszka Chylińska, która właśnie króluje na listach sprzedaży w empikach dzięki swojej nowej płycie „Modern Rocking”. Jest to czytelne nawiązanie do zespołu Modern Talking, a muzyka wyszła jeszcze gorsza.
Niegdyś czołowa rockowa wokalistka dziś wykonuje dicho i to nawet nie takie jakiego możemy posłuchać u Shakiry, Madonny czy Lady Gagi, ale takie, jakim raczy nas Mandaryna.
Tanie, przedpotopowe, a przecież nawet taka nieskomplikowana muzyka się rozwija, i daje pole do popisu. Teksty to oddzielna, równie smutna historia. Chylińska jako 20-latka pisała „Koła czasu” czy „Kiedy powiem sobie dość” – może nie arcydzieła, ale jednak piosenki z jakimś przesłaniem i sensem.
Teraz jako 30-latka śpiewa „Chcę byś mnie miał”, jest dużo o drżeniu ciał, gasnącym blasku miłości itp. To jest niestety regres i to przerażający, bo przecież chyba w wieku trzydziestu lat ma się więcej do przekazania światu niż w wieku dwudziestu.
Jednak na wszystkie takie zarzuty Agnieszka odpowiada tłumaczeniem, że jest już inną dziewczyną, że ona też może być na luzie i nie musi śpiewać depresyjnych kawałków. Nie musi, ale czy to oznacza od razu konieczność zmandarynienia? Rozumiem, że sparzyła się na znajomości z Grzegorzem Skawińskim, ale czy koniecznie trzeba do znudzenia powtarzać teraz „nie lubię gitarzystów”?
Nowa płyta to chyba skok na kasę i próba uleczenia kompleksów na tle urody. Skok na razie się udał – ludzie to kupili. Dresów u nas nie brakuje, a Chylińska kombinuje nieźle, bo rzeczywiście na fali ekstremalnej popularności Lady Gagi można na dicho sporo zarobić. Co do kompleksów – cóż, Chylińska nie jest i nie będzie sexy.
Nie wystarczy mieć niezłej figury, dobrego makijażu i wskoczyć w koronkową bieliznę, tak jak to Agnieszka zrobiła na potrzeby okładki płyty. Jeśli Chylińska naprawdę myśli, że siedząc w rozkroku emanuje erotyzmem, jest w poważnym błędzie. To za mało, by zostać seks-bombą, seksapil się ma albo nie i już.
Chylińska nie musi zresztą ścigać się z Dodą, tak samo jak nie muszą (i nie robią tego) Kasia Nosowska czy Maria Peszek. Każda z nich ma coś innego do zaoferowania i nie musi się wić w wyzywających pozach w gorsecie.
Agnieszka miała wszystkie atuty wystrzałowej rockowej laski, teraz strzeliła sobie samobója, aczkolwiek skutki tego mogą być widoczne dopiero za jakiś czas. Miała pazur, teraz zamieniła go na tipsy… Lepiej niech jak najszybciej pójdzie w ślady Krzyśka Ibisza i wróci do poprzedniego wizerunku. Ten nowy towar się nie sprawdza.
Popularity: -0% [?]
CeleBoss